Umarł na boisku

Piątek, 26 Marzec 2010

- Wiedział, że z powodu wady serca nie może się przemęczać. Ale na boisku dawał z siebie wszystko. Bo piłka nożna była jego największą miłością - mówi ze smutkiem ojciec Marcina (+18 l.), Zygmunt Baran (53 l.). Jego syn biegł z piłką, gdy nagle padł na boisko. Jego serce zatrzymało się. Na zawsze.

To historia o prawdziwej pasji, której nie przerwała straszna choroba. Pasji, która doprowadziła do śmierci. Marcin był od dziecka wielkim fanem piłki nożnej. To ojciec, Zygmunt (53 l.) wieloletni piłkarz Śnieżki Karpacz zaszczepił mu miłość do sportu. Od najmłodszych lat zabierał Marcina i pozostałych synów na boisko w Redzie (woj. pomorskie). Sport miał być alternatywą na wszelkie „głupoty”, bezczynne stanie pod klatką, miał pomóc kształtować osobowość. Marcin do „nogi” miał wyjątkowy talent. Grał od szóstego roku życia. Na boisku dryblował z niebywałą łatwością. Przez pięć sezonów bronił barw miejscowej drużyny, Celticu Reda. Potem wypatrzyli go działacze Gryfa Wejherowo. Grał też w drużynie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Gdy dwa lata temu wrócił po treningu z kłuciem w klatce piersiowej, ojciec natychmiast pojechał z nim na pogotowie. Prawda wyszła na jaw: wada serca, skomplikowana arytmia. Chłopak spędził w szpitalu dwa miesiące. Lekarze kategorycznie zakazali piłkarzowi jakiegokolwiek wysiłku. O grze w piłkę nie mogło być mowy. – Marcin początkowo wziął to do siebie, bał się choroby. Nie ćwiczył na wf-ie. Ale potem chęć gry była coraz silniejsza. Zaczął nam się wymykać, mówił, że idzie tylko postrzelać ze „stojącej piłki”. Potem zaczął truchtać, biegać. Widziałem, jak bierze strój sportowy, sprawił sobie nowy komplet – opowiada ojciec. Chłopak nad własne zdrowie przedkładał chęć spotkania z kolegami i pokopania piłki. Coraz częściej brał udział w piłkarskich turniejach, z których przywoził medale. W międzyczasie chodził na kontrolne badania, które wypadały pozytywnie. – To była dla niego dobra moneta: gra i nic mu nie jest. Ja nie mogłem mu tego zabronić, to była jego pasja, jego życie – mówi pan Zygmunt. Tego marcowego popołudnia grał towarzysko na Orliku w Rumii. Rozgrywał na pozycji stopera. Dostał piłkę, zobaczył lukę w obronie, zaczął biec. Nagle z piłką u nogi padł na ziemię. Już nie wstał. Wystraszeni koledzy zadzwonili na pogotowie. Reanimacja była bezskuteczna. Lekarze stwierdzili zgon. Na pogrzebie setki młodych ludzi ze łzami w oczach żegnały Marcina. Byli piłkarze i delegacje klubów sportowych. – Marcin rozegrał mecz życia. Pasja wzięła górę nad jego zdrowiem – mówi ze smutkiem ojciec, Zygmunt (53 l.). – Nie mogę mieć do niego o to pretensji...

Źródło: Fakt.pl / Foto: Fakt.pl

Komentarze
Reklama
Reda
Spotkanie z Policją w Redzie

Spotkanie z Policją w Redzie

Wtorek, 4 Sierpień 2020
Utrudnienia na Reja w Redzie

Utrudnienia na Reja w Redzie

Wtorek, 5 Maj 2020