Obserwator z puckiego hydroplanu. Cz.3

Czwartek, 12 Kwiecień 2012
Duże Trójmiasto

Jeśli chodzi o admirała Józefa Unruga, kiedy siedziałem razem z  nim w Woldenbergu zapytałem go pewnego razu, dlaczego tak się stało, że Marynarka Wojenna nie była przygotowana do dziełań wojennych. Wiadomo, że musieliśmy przegrać z niemiecką potęgą, z jej silnym lotnictwem i marynarką wojenną. Mieli dużą przewagę w broni, w ludziach i technice.

- Co na to odpowiedział Unrug?

- Na tydzień przed wybachem wojny byłem na odprawie u gen. Bortnowskiego, który był dowódcą Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Zapytałem go wówczas, co należy zrobić na wypadek wybuchu wojny z Niemcami, czy mam rozpocząć działania w związku z tą sytuacją. No to generał Bortnownki odpowiedział: "Panie admi­rale, i Pan w  tą wojnę wierzy?"

To są słowa, które przekazał mi admirał Unrug. Cianęło mi mi się wtedy na usta pytanie: "Panie admirale, gen. Bortonowski był dowódcą okręgu, ale pan był dowódcą obrony wybrzeża. Pan mógł wydać odpowiednie rozkazy, zlecić zadania związane z przygotowaniem obrony!"

Ja jednak wtedy nie zadałem tego pytania admirałowi. W moim osobistym odczu­ciu admirał Unrug był świetnym dowódcą w czasie pokoju. Natomiast jeśli chodzi o działania wojenne nastąpiło u niego jakieś głębokie załamanie. On sam w sobie się zagubił. Był­ odwrotnością komandora Frankowskiego, który podczas obrony Helu obecny był wszędzie na każdym odciaku. Natomiast admirał siedział w swoim bunkrze i nie było go widać wśród swoich pod­władnych. Muszę jednak podkreślić, że bardzo dzielnie spisał się podczas kapitulacji. Wiadomo, że miał rodzinę w Niemczech i Niemcy starali się cały czas przeciągnąć go na swoją stronę. On jednak zawsze podkreślał: "Ja jestem Polakiem!". Nigdy nie mówił po niemiecku, choć dobrze znał ten język. A jeśli ktoś do niego mówił po niemiecku, to prosił tłumacza o przetłumaczenie. Był człowiekiem wykstałconym. Znał język angielski i francuski. Podczas niewoli zachowywal się bardzo godnie.

Wielokrotnie zastanawiałem się, czy admiarał Unrug jako obywatel polski pochodzenia niemieckiego jako dowódca miał chwile zawahań, kiedy przyszło mu walczyć przeciwko Niemcom. Trudno powiedzieć. W jego psychice mogło byc coś takiego, jak zwątpienie w siłę polskiej armii, obawa przed potęgą niemiecką. Bać się na pewno nie bał. On tę walkę uważał za bezcelową i podkreślał wielokrotnie, że szko­da ludzi.

Wszyscy, którzy byli we wrześniu na Helu pamiętają, że admirał nie widział sensu w stawianiu oporu w  walce przeciwko Niemcom. Mówił, że ta walka jest z góry przegrana i może tylko niepotrzebnie powiększyć straty. Sądzę, że jego postępowanie należy uznać za przejaw racjonalizmu, którego nauczył się od Niemców.

Kiedy dziś patrzę w przeszłość, to wiele rzeczy widzę inaczej, niż wówczas. Wiele się zapomniało. Wiele ocenia­ się inaczej. Staram się oceniać przeszłość obiektywnie, ale jak każdy człowiek, zdaję sobie sprawę z upływu czasu. Wątpliwości targa­ją duszą, bo wiem, że w oparciu o swoje przeżycia tworzę histo­rię Każde słowo trzeba dobrze wywarzyć i przemyśleć.

Źle się stało, że w 1945 roku ci, co wracali do kraju, zostali tak niesprawiedliwie potraktowani. Ci ludzie chcieli przecież pracować dla kraju. Z tymi ludźmi należało rozmawiać i nie nazywać ich wrogami ludu - Polski Ludowej. Należało zaufać im i dać możliwość wypracowania się. To byli ludzie dobrej woli. Trzeba było spisywać pewne rzeczy.

Teraz dokładnie nie pamiętam, czy to był rok 1950, czy póź­niej, ale zwrócono się do mnie, abym opisał swoje wspomnienia. Już wówczas czyniłem to z pewnego rodzaju autocenzurą, bo już wiedziałem, że nie o wszystkim można szczerze pisać. Moje wspom­nienia zamieścił w swojej książce pt. "Ostatnia reduta" koman­dor Rafał Witkowski, zresztą i tak jeszcze okrojone. Mimo to uważam, że zrobił on dobrą robotę w tym kierunku. Dziś trzeba by niektóre sprawy odświeżyć. Będzie jednak o to trudno, bo wielu ludzi już nie żyje.

Wracając do wspomnień. W 1945 roku po powrocie z obozu zos­tałem zmobilizowany i przydzielony do 1 Samodzielnego Batalio­nu Morskiego. Jednak po krótkim czasie przerzucono mnie na Ok­sywie, gdzie szkoliłem krótko rekrutów. Następnie w stopniu kapitana otrzymałem stanowisko zastępcy dyrektora nauk w Szkole Specjalistów Morskich. Szkoliłem też oficerów politycznych z zagadnień wojennomorskich. Aż w końcu zostałem skierowany do tworzącego się dywizjonu artylerii nabrzeżnej na Redłowie, gdzie otrzymałem stanowisko zastępcy dowódcy ds. liniowych u boku mojego dawnego druha - kmdr. ppor.Przybyszewskiego.

To szczęście nie trwało długo. W 1947 roku otrzymałem rozkaz udania się do Warszawy i okazało się, że zostałem zdemobilizowany jako jeden z pierwszych oficerów, razem z komandorem Siemaszką.

W Warszawie w Departamencie Kadr MON pytano mnie czy wiem dlaczego zostałem zdemobilizowany. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie wiem. A czy Pan chce służyć w Marynarce Wojennej? Stwierdziłem, że kocham marynarski mundur i swoją służbę. Poradzono mi abym udał się na rozmowę do generała Stanisława Zawadzkiego. Ale po wahaniach nie skorzystałem z tej możliwości. Byłem przekonany, iż moja sprawa jest z góry przegrana. Poza tym wszędzie mimówiono, że oficerów przedwojennych i tak będzie się zwalniać. Tak więc z wojskiem rozstałem się już w 1947 roku - nie z własnej woli.

W tym czasie mieszkałem w mieszkaniu służbowym na Redłowie i pod groźbą eksmisji musiałem się wyprowadzić. W tym czasie akurat narodził mi się pierwszy syn. O mały włos nie wyrzucono mnie na ulicę. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że dostałem propozycję pracy od kolegi w Ustce, gdzie mieszkałem i pracowałem w charakterze pilota portowego do 1958 roku. Później pracowałem w PŻM i w PLO, gdzie pływałem jako pierwszy i drugi oficer. W 1968 roku zwolniono mnie z pracy posądzając mnie, że jestem Żydem. Odwołałem się wówczas do I Sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR Stanisława Kociołka. I chociaż bezskutecznie, to jednak zaproponowano mi pracę w Centralnym Zarządzie Portów na stanowisku inspektora technicznego, gdzie pracowałem aż do 1976 roku. Miałem dobrą opinię i cieszyłem się uznaniem. Mile wspominam ten okres. Byłem też ławnikiem sądowym. Po trudach życiowych zmagań, będąc już na emeryturze większość wolnego czasu spędzam na ulubionej działce ogrodniczej.

Henryk Połchowski (Gdynia, 1988)

Fot. autor

Edmund Pappelbaum

(ur. 9 listopada 1912 roku w Kargowej w Wielkopolsce - zm. w roku 1997 w Gdyni) - komandor porucznik, kapitan żeglugi wielkiej, prawnik, inżynier budowy okrętów, obrońca Helu, kawaler Orderu Wojennego Virtuti Militari.

W roku 1933 ukończył Szkołę Podchorążych Marynarki Wojennej. Jako świeżo mianowany podporucznik dowodził w Kadrze Floty w Gdyni plutonem rekrutów. W okresie od lutego do czerwca 1934 uczęszczał na zajęcia kursu aplikacyjnego na pokładzie hulku szkolnego ORP Bałtyk, a 1 maja dostał przydział do Dywizjonu Lotniczego w Pucku. Następnie był oficerem sygnałowym na ORP Burza, a po awansie na porucznika wrócił do Kadry Floty jako dowódca plutonu. W latach 1936-1938 służył w baterii artylerii obrony Wybrzeża na Helu, a po odbyciu półrocznego Kursu Oficerów Obserwatorów Lotnictwa Morskiego został oficerem uzbrojenia Morskiego Dywizjonu Lotniczego. 15 września 1939 roku ewakuował się, wraz z personelem MDL, na Hel, gdzie został przydzielony do dowództwa artylerii nadbrzeżnej. Był inicjatorem i dowódcą 34. baterii, na którą składały się zdemontowane działa wież rufowych ORP Gryf. 2 października 1939, jak wszyscy obrońcy Helu poszedł do niewoli. Po wyzwoleniu wrócił do kraju i od 1945 do 1947 roku służył ponownie w Marynarce Wojennej. Był dowódcą plutonu w Samodzielnym Batalionie Morskim w Nowym Porcie i dowódcą kompanii w II Batalionie Rekruckim na Oksywiu. Na koniec pełnił obowiązki zastępcy dowódcy baterii w Redłowie. W roku 1947 - w ramach akcji oczyszczania szeregów z oficerów przedwojennych - został przeniesiony do rezerwy i zmuszony do opuszczenia Gdyni. Pracował w Słupskim Urzędzie Morskim w Ustce, a potem w Zarządzie Małych Portów w Słupsku. W 1952 roku ukończył prawo na Uniwersytecie Poznańskim i w roku 1953 został ekspertem Polskiej Izby Handlu Zagranicznego (PIHZ). W 1956 roku ukończył Wydział Budowy Okrętów na Politechnice Gdańskiej i w lutym 1958 wrócił na morze. Pływał na statkach PŻM dosługując się w roku 1962 stopnia kapitana żeglugi wielkiej. Wrócił do Gdyni i pływał na statkach PLO do roku 1968, kiedy to został skierowany do pracy w Zarządzie Portu Gdańsk. W roku 1976 przeszedł na emeryturę, ale do roku 1980 był jeszcze ławnikiem Izby Morskiej w Gdyni. Był jednym z twórców Panteonu Marynarki Wojennej na Oksywiu. Został pochowany na starym cmentarzu oksywskim.  (www.wikipedia.pl)

Komentarze
Reklama
Gdynia
Wszytko za jedną kartę!

Wszytko za jedną kartę!

Środa, 9 Grudzień 2020
Reda
Spotkanie z Policją w Redzie

Spotkanie z Policją w Redzie

Wtorek, 4 Sierpień 2020
Utrudnienia na Reja w Redzie

Utrudnienia na Reja w Redzie

Wtorek, 5 Maj 2020